Co dał mi taniec?

Już w pierwszych stadiach rozwoju mojego tanecznego hobby zdałem sobie sprawę, że tylko na pierwszy rzut oka wygląda ono jak prozaiczna czynność wykonywana do muzyki. Na dłuższą metę korzyści jest więcej niż by się mogło zdawać. Oto kilka z nich.

Aktywność fizyczna

Żyjemy w erze homo-komputerusów. Pracujemy siedząco, odpoczywamy siedząco, dojeżdżamy przeważnie również siedząc i gdzieś w całym tym wyścigu szczurów zapominamy, że taki tryb życia wcale do niczego dobrego nie doprowadza.

Osoby znające mnie sprzed mojej tanecznej ‚ery’, wiedzą że byłem tym gościem którego zawsze na wfie wybierali ostatniego. Nienawidziłem i dalej nienawidzę i nie rozumiem piłki nożnej, klątwa mojego nieogarniania siatkówki niesie swoje piętno po dziś dzień. Usilnie piłując tylko te wzorce aktywności fizycznej szkoła do tematu ruchu tylko mnie zrażała. System powiedział mi wprost: Jesteś do dupy, niczego nie osiągniesz, zamiast Spróbuj może czegoś innego, a nóż Ci się spodoba. 

Ludzie mają nieprawdę niesamowitą podskórną właściwość unikania miejsc i sytuacji dla nich nieprzyjemnych. Marcin nie był w tym przypadku inny i przeniósł z boiska do swojego pokoju majsterkowicza-nerda. Ogranicza ruch, nierozsądnie się odżywia. Wiodąc taki żywot po około dziesięciu latach lądując na oddziale onkologii z podejrzeniem nowotworu jelita. Czy była to wskazówka w stylu: „hej, OGARNIJ SIĘ!”? Sami odpowiedzcie.

Od zawsze lubiłem muzykę – zresztą w sumie, kto jej nie lubi? Epizod z orkiestrą szkolną zasiał do niej w mojej duszy jeszcze większą zajawkę. Taniec okazał się naturalnym ciągiem dalszym muzycznej pasji, dając na starcie nieco większą swobodę – wszak z rytmem siako tako, ale byłem już oswojony. Dodatkowo wypełnił brakującą lukę aktywności fizycznej, która okazała się kluczowym elementem w moim rekonwalescencji po moich zdrowotnych przebojach.

Świadomość ciała i rzucane ku niemu wyzwania

Wynikająca niejako z punktu pierwszego. Taniec był jednym wielkim odkryciem swojego ciała i jego świadomości na nowo. Za cholerę nie powiedziałbym, że da się w tak różnych kombinacjach je wyginać i nim pracować, gdyby nie te zajęcia. Lata przed komputerem wytworzyły we mnie niesamowicie brzydki nawyk garbienia się, dwa lata z tańcem konsekwentnie go wykurzały… i dalej wykurzają. Może sam jeszcze często się łapię na tym, ale szybko zwracam na to uwagę i koryguje.

Od samego początku zetknięcia się z tańcem spotkamy się z barierami do pokonania. To za trudny układ, to zbyt wcześnie aby koordynować ruchy z partnerką w parze czy też związany z pierwszymi krokami na parkiecie stres. Jednak całe piękno i cała satysfakcja leżą kawałek dalej, kiedy ogarniemy rzecz która sprawiała nam kłopot. Po niej pojawi się kolejny schodek… i tak dalej i tak dalej. Taniec jest pasją nieustannie rzucającą wyzwania, nieustannie pchającą nas w kierunku poszerzania strefy komfortu. Cała magia polega na tym, że umiejętność ta wykracza poza taneczny parkiet i daje niesamowity luz w pozostałych sferach życia.

Społeczność

Wszystko to tak naprawdę by nie miało sensu, gdyby nie ludzie tworzący taneczne społeczności. Jakby nie patrzeć, homo sapiens stworzeniem stadnym jest. To naturalna potrzeba akceptacji, każdy dąży do bycia częścią jakiejś fajnej grupy, każdy chce otaczać się pozytywnymi ludźmi z którymi będzie rósł w siłę.

Poznałem masę ludzi, którzy od dwóch lat stanowią moją największą inspiracje do tworzenia fajnych rzeczy, że warto pracować, warto się rozwijać… Oraz do tego, że od czasu do czasu warto chociaż na chwilę zapomnieć o wszystkich troskach życia codziennego. Każdy ma swoje problemy, nieopłacone rachunki, trupy w szafie, ale kiedy przychodzi do wspólnego wyjścia na parkiet, wszystko to znika. Taniec to nasze kredki, którymi wspólnie kolorujemy naszą szaroburą rzeczywistość.

Last, but not least.

Branża technologiczna którą zajmowałem się szeroko w erze „pretańcowiku” zniewala dusze w środku. Bycie facetem, czyli jednostką prostszą niż cep wcale nie pomaga. Człowiek zaczyna się kierować tak okrutną matematyką, że chowa emocje w kieszeń i zapina je za okrutnie długi zamek błyskawiczny. Zupełnie jakby zamiast wyrzucać papierek do kosza, rzucał pod nogi w swoim pokoju. Z czasem robi się na tyle duży bałagan, że unika jego sprzątnięcia jeszcze bardziej. Później całe mieszkanie jest na tyle zagracone, że nie da się z niego normalnie korzystać.

Taniec nauczył mnie że nie ma niczego złego w odczuwaniu i wyrażaniu swoich emocji. Pokazał jak ważna jest integralność między tym co czujemy w środku, a tym co pokazujemy na zewnątrz. Wszak cóż w tym złego wykrzyknąć jakże polskie „O kurwa!” w negatywnym bądź pozytywnym kontekście, przyznać się na rozmowie o pracy że po prostu się stresujemy, szczerze przytulić przyjaciela w potrzebie. Mówić że coś się nie podoba, albo coś nas wkręciło w najlepsze. Tak bardzo ważne jest zrozumieć stany i emocje w których znajdujemy się na codzień, zamienić myślenie z „dlaczego właśnie mi się to dzieje?” na „czego mogę się z danej sytuacji nauczyć?”. 

Całe odkrycie tańca, przejście przez chorobę uświadomiły mi, że Celem życia nie jest przeżycie. Kolejne jego dni nie powinny być wyłącznie konsumpcją, a też wspinaczką… Wspinaczką po lepszą wersję samego siebie. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *