Taniec – jak przeżyć pierwsze zajęcia bez utraty chęci życia?

Strach przed ogólnie pojętym nieznanym jest jak najbardziej normalną rzeczą. Jest on również głównym powodem, dla którego spora część osób stroni od pojawienia się na zajęciach tanecznych. Argumenty są różne, od braku umiejętności, strachu przed wygłupieniem się, po brak kondycji etc. Jako że jestem gościem który tanecznie wsadził nosa prawie wszędzie, chciałbym pokazać że nie taki diabeł straszny jak go malują, a taneczna „inwestycja” procentuje bardzo szybko. Tyczy się to wszystkich typów zajęć tanecznych.

Marcin co ty gadasz, przecież się wygłupię, ja nic nie umiem.

Warto przypomnieć, że do szkoły tańca idziesz się uczyć , a nie szpanować „jaki to ja jestem zajebisty/a”. Dopiero zaczynasz, masz prawo nie ogarniać tematu i nie powinna Cię spotkać za to żadna przykrość ze strony prowadzących (c’mon, jesteś ich klientem!) lub innych kursantów. Z tymi drugimi ściny zdarzają się jak już to jedynie na zajęciach w mieszanych parach. W obu przypadkach karma wraca, pamiętaj: przychodzisz przede wszystkim się dobrze bawić! Na parkiet jest wstęp wzbroniony wszelkim negatywnym emocjom. W skrajnie pozytywnych przypadkach jest faza bez narkotyków, jak na poniższym filmiku:

Jeśli chodzi o mnie, przez pierwsze 3 miesiące nie ogarniałem nic, ciągle byłem w tyle, ciągle coś było nie tak. Zawsze musiałem prosić o powtórzenie kroków, bo nawet najprostsze sekwencje były dla mnie hardcorem (zresztą teraz też czasem są :D). Jestem mega wdzięczny wszystkim partnerkom za okazaną anielską cierpliwość na początku moich tanecznych perypetii.

Nie mam kondycji aby zacząć tańczyć.

Ja też jej nie miałem! Pomijając przypadki gdzie zaawansowana choroba ogranicza nasze zdolność motoryczne do zera, większość z nas może (i powinna) się ruszać. Cała gama zajęć zarówno tanecznych, jak i typowo fitnessowych ma zróżnicowane poziomy intensywności tak że każdy znajdzie coś dla siebie. Uwaga, ruch uzależnia! Po operacji  nowotworu która, przynajmniej na papierze powinna mnie wykluczyć z jakiejkolwiek aktywności fizycznej na 3 miesiące po miesiącu wróciłem na uczelnie. Dojście z parkingu na wydział było dla mnie małym maratonem, ale postanowiłem że mimo wszystko dokończę drugi rok studiów. 4 miesiące później od totalnego przykucia do łóżka pojawiłem się pierwszy raz na sali tanecznej. Od dość spokojnego walca angielskiego dostałem zakwasów, od klimatyzacji na sali pochorowałem się na parę dni jakbym przeżył zimę stulecia. Po półtorej roku od gościa nie ruszającego się w ogóle przeszedłem do 3-5h zajęć tanecznych tygodniowo.

Boski banan na twarzy po zajęciach 😀

Ależ ja się wstydzę!

Po pierwszych dwóch zajęciach na towarzyskim miałem ochotę na więcej. Znalazłem salsę i bachatę solo, patrzę nie piszą że tylko dla kobiet, no to idę – co nie zakazane to dozwolone, co nie? Wpadam na zajęcia, a tam same laski, czujecie? Myślę sobie okej, na pierwszy rzut oka to jest dziwne… ale w żadnym przypadku groźne – w oczach miałem siebie kwartał wcześniej zwalczającego nowotwór. Zatem co się może stać gorszego? Kolejne zajęcia były już normalką, do momentu marcowego masterclassa Salsation®.

Wchodzę na sale, a tam koło setki dziewczyn i ja, jarząbek, poza prowadzącym jedyny facet. Znałem w zasadzie tylko moją instruktorkę. O w mordę, no to nieźle popadłem. Czy stało się coś złego? NIE! Spotkałem się wyłącznie z fajnymi reakcjami na moją osobę, to serio nie bolało! Na kolejnych regularnych zajęciach nawiązała się bardzo ciekawa rozmowa z jedną z koleżanek z mojej grupy:

– Wiesz no, nie byłam na masterclassie bo to trzeba się odważyć, tam strasznie dużo ludzi było…

– Co ty nie powiesz? Tańczyłem jako jedyny facet na prawie stówkę dziewczyn! XD

Tańce, zwłaszcza solo i zwłaszcza w Polsce są zdominowane przez płeć piękną. Ja ten stereotyp zwalczam na bieżąco, odkryłem że brak facetów nie jest spowodowany tym że jest to aktywność zarezerwowana wyłącznie dla kobiet, ale z tym że… brakuje facetów. Czy to jest złe? Gdzie tam… Przynajmniej jest śmiesznie, zwłaszcza kiedy zachodzisz na siłownię, Pani z recepcji (pozdrawiam Atletę z Białegostoku ;)) już ma chęć oprowadzać cie po hantlach a Ty ją z pełną powagą zapytujesz, gdzie jest sala taneczna. Lwia część zajęć jest otwarta dla wszystkich, niezależnie od płci/wieku, zależnie tylko i wyłącznie od naszego samozaparcia. A jak już przełamiemy pierwsze lody, zaczyna się robić tylko przyjemniej i pojawia się chęć pokonania kolejnego „bossa”: czy to pójścia na zupełnie inny styl w zupełnie nowe miejsce, czy dokonania fenomenalnej solówki na środku parkietu w klubie.

Ależ koszmarnie mi poszło na pierwszych zajęciach, cała reszta ogarniała a ja nie!

TAK MA BYĆ. Jakim cudem masz ogarniać skoro dopiero zaczynasz? Reszta (zwłaszcza w trakcie sezonu) ogarnia bo zdążyła już swoje przepracować. Oni też startowali od zera, oni też na początku nie potrafili nic. Zamień myślenie z „o mój Boże ale oni wymiatają, ale to ciężkie” na „prędzej czy później, ogarnę to!”. Błędy, mętlik w głowie, niezapamiętana choreografia, pomylona noga, podeptana partnerka/partner muszą się zdarzyć i jest to naturalna kolej rzeczy. Grunt aby takimi pierdołami się nie zamartwiać, pozwolić instruktorowi oraz partnerowi dotrzeć do siebie, ćwiczyć i nie poddawać się. Świetnie opowiedział o tym Marcin z krakowskiej szkoły tańca Krambo Dance:

W moim przypadku od nieogarniania najbanalniejszego walca angielskiego doszedłem do momentu w którym zaczynam się wyrabiać z dość złożonymi sekwencjami. Wciąż mam wrażenie że krzesło zatańczyłoby ode mnie lepiej, ale nie czuje się z tym ani trochę źle bo widzę progres. Niewielki bo niewielki ale, dający wystarczająco do zrozumienia, że robota dotychczas wykonana ma swoje efekty.


Rok na oślej łączce z latino solo (bazie do ekspansji na inne zajęcia) przypłacony potem i zakwasami nauczył mnie że wszystko jest kwestią pracy, pracy i jeszcze raz pracy. Te pierwsze koty za płoty były bardzo ważne bo pozwoliły mi odciążyć umysł zapchany jeszcze całym piekłem związanym ze zwalczoną chorobą. Efekt zewnętrzny na początku jest nieistotny, grunt aby czerpać radość całymi garściami. Na początku nie martw się techniką – ona przyjdzie z czasem, baw się dobrze, pamiętaj: nie od razu Rzym zbudowano. 

Od teorii do praktyki, czyli jak się przygotować:

Na pierwsze koty za płoty ubierz się w lekkie sportowe ciuchy oraz przede wszystkim załóż wygodne buty! Zabierz ze sobą butelkę wody najlepiej 1,5l oraz (chociaż odrobinę) uśmiechu 🙂 Większość zajęć to tak naprawdę małpowanie prowadzącego, słuchaj muzyki i staraj się powtarzać za nim ruchy. Jeśli czegoś nie wiesz – pytaj! Bardzo często jest to pomijane, ale zwłaszcza na pierwszych zajęciach skupiaj się na samych krokach, to będzie Twój priorytet. Jeśli z samymi krokami będziesz czuć się pewnie, dopiero wtedy dodawaj ruchy rąk, sam tak robię tańcząc choreografie na żywca. Bardzo fajnie przekazał to wspomniany wcześniej Marcin, co prawda w kontekście salsy, ale ma to zastosowanie do pozostałych stylów/rodzajów zajęć.

 

Nie siedź w domu, tańcz! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *