Rok z tańcem – podsumowanie

Pękł rok od momentu mojego pierwszego ‚wtargnięcia’ na sale taneczną. Było to przełomowe wydarzenie w moim życiu, nie da się ukryć. Wszelakie napotkane wydarzenia przez ten czas przeszły moje (zresztą nie tylko moje) najśmielsze oczekiwania, toteż warto zebrać to wszystko do kupy.

Nowotwór był moim przekleństwem i zbawieniem zarazem. To przez niego doszedłem do wniosku, że warto z życiem szerzej podziałać, bo tak naprawdę nie wiadomo kiedy może ono się skończyć. Taniec który pojawił się zupełnie przypadkowo był strzałem w dziesiątkę. Dał mi możliwość skorzystania z drugiej szansy i ta szansa została przeze mnie wykorzystana w 100%. Co zaskoczyło mnie najbardziej? Wystarczyły:

  • dwa pierwsze zajęcia aby pozbyć się uczucia: „o mój Boże, ja tańczę, zaraz kogoś podepczę, ale okropnie to wygląda”. W jakiejkolwiek dziedzinie byśmy nie startowali, pierwsze koty za płoty są najgorsze i w moim przypadku tak również było. Ciekawość co będzie dalej jednak zwyciężyła i dzięki niej przeszedłem do podpunktu drugiego.
  • trzy pierwsze miesiące aby pozbyć się wrażenia: „cholera, tego nie da się zrobić”. Kiedy pojawiły się pierwsze schody na towarzyskim dla singli, nie łapałem tak szybko jak reszta osób. Jednakże dzięki anielskiej cierpliwości partnerek oraz pomocy prowadzącego, rozbijaliśmy kroki na części pierwsze. Zupełnie jak w assemblerze, rozbieraliśmy to na najmniejszą możliwą operację, najpierw tańcząc poza rytmem, następnie ruszając z rytmem, przechodząc powoli do tempa wyjściowego. Da się? Da się.
  • wystarczy rok aby powiedzieć sobie: „no wstydu większego z moim tańcem jeno nie ma”. To niesamowite jak wiele można nauczyć się w tak krótkim czasie, ruszając totalnie od zera. Zdaje sobie sprawę że jest to ledwie wierzchołek góry lodowej, ale… Jeśli już na tym marnym poziomie przynosi to na tyle dużą frajdę, to co będzie dalej? Nie wiem… ale się dowiem.

Odczarowałem parę stereotypów swoich (i takich ogólnych):

Taniec, zwłaszcza solo, jest domeną zarezerwowaną wyłącznie dla kobiet.

Na pierwszy rzut oka można tak stwierdzić. Oglądając teledyski na tubach przeważnie widzimy babki, a faceci zdarzają się wprost epizodycznie. Przeciętny facet nie utożsamia się z takimi widokami, więc nie pojawia się na zajęciach. A jak jest naprawdę?
Zagłębiając się w swoje pierwsze kursy solo zauważyłem, że brak płci brzydszej na nich nie jest spowodowany konwencją zajęć, a wyłącznie brakiem chętnych. Tymczasem odbiór facetów pojawiający się na nich jest bardzo pozytywny, co może tylko napędzać do dalszego działania. O ile nikt wyraźnie nie zaznaczy że kurs jest wyłącznie dla kobiet, to jest jak najbardziej unisex.

Trzeba mieć partnera/partnerkę aby ruszyć z kursem w parze.

Nie trzeba. Wybieramy albo kurs dla singli, albo prosimy studio o sparowanie z kimś. Pierwsza opcja jest bardzo elastyczna bo możemy totalnie z ulicy wejść na zajęcia. Pilnowane są tylko proporcje w grupie. Druga opcja jest o tyle gorsza, że jeśli druga osoba się rozmyśli to zostajemy niejako na lodzie. Tak czy owak można przyjść na kurs w parze samemu, jest nieco trudniej, ale da się.

Zacna gromadka Salsation z klubu Zenit

Trzeba mieć predyspozycje aby zacząć tańczyć.

Fizyczne
Osoby znające mnie sprzed czasów ‘tańcowych’ wiedzą, jaki ze mnie był sportowiec. Ostatni wybierany na wfie, zwalniający się z ćwiczeń kiedy była okazja. Jedynie genetyka i choróbska trzymały mnie przy przyzwoitej wadze. Dopiero koło osiemnastki zacząłem zwracać uwagę na to, że warto się jednak poruszać i do tego celu używałem roweru, głównie za sprawką Endomondo. W żadnym stopniu nie równało to się do czasów obecnych. Po pierwszych tańcach, pomimo że była to ledwie godzina, zakwasy miałem jakbym przebiegł jakiś maraton. Po roku z tańcem zdarza mi się to przeważnie po grubszych maratonach zajęć.
Poczucie rytmu
I tak i nie. Podobnie jak przy partnerze przy kursie w parze, warto mieć ale nie jest to konieczne. Swoiste czucie muzyki jeśli nie było wykształcone, to narodzi się z godziny na godzinę spędzonej na parkiecie. W moim przypadku dużo pomógł staż w orkiestrze, pewnych rzeczy nie musiałem już się uczyć. Obserwując jednak pojawiających się różnych ludzi na kursach widzę, że po miesiącu, góra dwóch każdy z jakiegokolwiek poziomu by nie startował radzi sobie pod tym względem całkiem dobrze.

Największy jak dotąd event taneczny w jakim brałem udział, masterclass Salsation, ależ był ogień! 😀

Rok w liczbach:

  • ponad 200h spędzonych na parkiecie
  • odkryte 7 genialnych miejsc na tanecznej mapie Białegostoku: Sfera tańca, Max Dance, Whatsup, Danceoffnia, Fabryka Tańca, Klub Zenit, Latin Studio
  • przetestowane 7 rodzajów zajęć: Salsation, latino solo, towarzyski, reggaeton, lindy hop, kuduro & afro house, jump4fit
  • wypite ponad 270 litrów wody na łącznie 180 treningach
  • dziesiątki świetnych ludzi
  • milion uśmiechów

Tymczasem powoli żegnam sezon 2016/2017 i z mega wielkim hypem spoglądam na kolejny. Przez ten rok podziało się całkiem sporo i jestem mega ciekaw co nowego przyniesie kolejny. Pomysłów na dalszy rozwój mam co najmniej kilka, jednakże jedno jest pewne – na podsumowaniu nowo powstała pieczara działalności swojej nie zakończy. Za moją sprawką prowadzoną na Wykopie tańczyć zaczęło kilka osób – w dalszym ciągu chcę inspirować ludzi, pokazywać jak dużą wartość niesie ze sobą taniec. Skoro taniec mi pomógł, to pewnie innym też może, co nie? Nie mam zamiaru się ograniczać, w dalszym ciągu chce odkrywać szerzej taniec, testować, smakować wszystko, co przyniesie nowy dzień.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *