Taneczne dwa lata – we must go deeper

To już drugi rok magicznej przygody. Przyniósł on naturalnie jeszcze więcej nowych doświadczeń, a ja utwierdziłem się dalej w przekonaniu, że taniec jest bardziej stylem życia niż prozaiczną czynnością. Od czego by tu zacząć… Może od początku?

To był maj pachniała Saska Kępa

Oczarowany magią Salsation® dołączyłem do (jak się później okazało serio) szalonej grupy Pauliny Paoli Szulborskiej. Jej energia jest niesamowita, nie mam zielonego pojęcia skąd ją wysysa, ale działa to tylko na plus dla kursantów. Wpadłem jakby nigdy nic do siłowni Atleta, Pani z recepcji już mnie chciała oprowadzać po maszyneriach… a tu niespodziankę jej sprawiłem oznajmiając że przybyłem potańczyć. Z jednej strony takie pozytywne reakcje zawsze są miłe, z drugiej strony stereotyp tańczącego mężczyzny, zwłaszcza solo dalej ma się dobrze. Nie dbałem już wtedy o to że byłem jedynym facetem, po prostu dobrze się bawiąc, chwytając każdą chwilę na parkiecie. Uczestnicząc w ponad 10 nagrywkach stopniowo przestałem się obawiać kamery, ciesząc się tak samo tańcem jak bez oka obiektywu. Jak to określił jeden znajomy z zajęć (pozdro Bartek!) przekroczyłem magiczną barierę wstydu przed oglądaniem samego siebie – to na plus.


Wakacje pomimo przerwy w pracach szkół tańca nie okazały się przerwą od tańca w ogóle. Salsation w Atlecie trwało w najlepsze dalej, ba za sprawą inicjatywy Paoli powstały sobotnie zajęcia #teampower, gdzie również wyciskaliśmy na parkiecie siódme poty. Popadały się również potańcówki pod gołym niebem na Młynowej, warsztaty Salsation czy nawet pokaz również Salsation w ścisłym centrum Białegostoku – którego, o ironio, nikt nie nagrał.

Pokaz cha-chy

Końcówkę sezonu 2016/2017 spędziłem przygotowując się do pokazu z grupy tańca towarzyskiego – na ruszt poszła cha-cha. Pierwsze koty za płoty tańca w parze – czekały na małą rewolucję, która miała nadejść już tamtej jesieni.

Białystok tańczy

Przyszedł listopad, a z nim wielki taneczny maraton Białystok Tańczy. Była to możliwość wzięcia udziału w wielu warsztatach oraz zatańczenia na wielkiej hali sportowej Uniwersytetu w Białymstoku. Dla samego poczucia klimatu ogromnego maratonu warto było tam być. Tony Stone, główna gwiazda wydarzenia powiedział:

,,Niezależnie od poziomu, bawcie się dobrze, cieszcie się tą chwilą – przecież po to tańczymy”.

To był również dzień w którym pokonałem samego siebie, tańcząc bity dzień – od rana na warsztatach, na maratonie kończąc. Licznik na krokomierzu wybił 15000 – wartość której nigdy przedtem nie widziałem. Jednak to nie cyferki były istotne – moje ciało przekazało mi małą informację do mózgu (achievement complete!), maraton w kościach czułem jeszcze dobre parę dni.

#StudiujSalsę#

Za sprawą zaproszenia od koleżanki (Karola – high five!) pojawiłem się na pierwszych zajęciach salsy kubańskiej w ramach uczelnianego projektu. Salsa okazała się zupełnie innym doświadczeniem tańca w parze, którego frajda uzależniła prawie setkę osób uczestniczących w #StudiujSalsę#. Nie zrozumcie mnie źle, przygoda z tańcem towarzyskim była fajnym i istotnym początkiem moich tańców w ogóle, ale chowała się w stosunku do tego co spotkałem tutaj. Co więcej – projekt #StudiujSalsę# nie kończy się po opuszczeniu sali treningowej – na przestrzeni pół roku zorganizowaliśmy dwie prawdziwie kubańskie imprezy, spontaniczne tańce w terenie, maraton ruedowy w centrum – oj działo się!


Na bieżąco organizujemy praktisy w białostockim Czarnym Rynku, gdzie nieco luźniej niż na zajęciach każdy może przyjść poćwiczyć, a jeśli nie tańczył zobaczyć z czym to się je. W pół roku utworzyliśmy świetnie zorganizowaną społeczność pozytywnie zakręconych ludzi zakochanych po brzegi w salsie. To wszystko za sprawą jednego człowieka – Radka Piątka, który wpadł na pomysł aby w przystępny sposób nauczyć białostoczan salsy. Wielki szacunek za pracę i serce jakie włożył w to aby krok po kroku wprowadzić nas w świat tego pięknego tańca.

Reggeaton

Za sprawą Radka powróciłem również do jego drugiego projektu, który z powodów zdrowotnych musiałem ponad rok temu przerwać. Reggaeton, bo o nim mowa, od samego początku wydawał się dla mnie niesamowitym challengem… i tak pozostało po dziś dzień.  Jego ujarzmianie strasznie mozolnie mi idzie, ale konsekwentnie krok po kroku próbuje – i są tego efekty na nagraniach dające nadzieje na lepsze jutro. Punktem kulminacyjnym zajęć reggeatonu był pokaz w którym miałem przyjemność uczestniczyć. Emocje, przygotowania, wystąpienie i stres z nim związany – był to niesamowity pakiet przygód które warto było przeżyć.

Nie chciałem aby pół roku które spędziłem na zajęciach, wyciskając siódme poty, nieraz mając po prostu dość poszły na marne. Tym bardziej kiedy dowiedziałem się o możliwości wystąpienia, chciałem udowodnić sobie, że potrafię. Tak – pół sezonu z reggaetonem był czasem, w którym pokonałem samego siebie.

,,Jak pokonasz samego siebie, to już ci nikt nie stanie na drodze.”

Tak bardzo trafne są słowa Jacka Walkiewicza. Tak jak pierwszy rok mojej tanecznej przygody był swoistym „powąchaniem” tematu, tak rok drugi był przepełniony szlifowaniem tanecznej duszy, która przez lata gdzieś siedziała we mnie uśpiona. Poznaniem wierzchołka góry lodowej tej niesamowitej pasji i niekończących się możliwości. Uświadomieniem sobie, że życie to są chwilę i warto czerpać radość z każdej drobnostki. Kochani, co tu więcej gadać, let’s dance!

Taniec – jak przeżyć pierwsze zajęcia bez utraty chęci życia?

Strach przed ogólnie pojętym nieznanym jest jak najbardziej normalną rzeczą. Jest on również głównym powodem, dla którego spora część osób stroni od pojawienia się na zajęciach tanecznych. Argumenty są różne, od braku umiejętności, strachu przed wygłupieniem się, po brak kondycji etc. Jako że jestem gościem który tanecznie wsadził nosa prawie wszędzie, chciałbym pokazać że nie taki diabeł straszny jak go malują, a taneczna „inwestycja” procentuje bardzo szybko. Tyczy się to wszystkich typów zajęć tanecznych.

Marcin co ty gadasz, przecież się wygłupię, ja nic nie umiem.

Warto przypomnieć, że do szkoły tańca idziesz się uczyć , a nie szpanować „jaki to ja jestem zajebisty/a”. Dopiero zaczynasz, masz prawo nie ogarniać tematu i nie powinna Cię spotkać za to żadna przykrość ze strony prowadzących (c’mon, jesteś ich klientem!) lub innych kursantów. Z tymi drugimi ściny zdarzają się jak już to jedynie na zajęciach w mieszanych parach. W obu przypadkach karma wraca, pamiętaj: przychodzisz przede wszystkim się dobrze bawić! Na parkiet jest wstęp wzbroniony wszelkim negatywnym emocjom. W skrajnie pozytywnych przypadkach jest faza bez narkotyków, jak na poniższym filmiku:

Jeśli chodzi o mnie, przez pierwsze 3 miesiące nie ogarniałem nic, ciągle byłem w tyle, ciągle coś było nie tak. Zawsze musiałem prosić o powtórzenie kroków, bo nawet najprostsze sekwencje były dla mnie hardcorem (zresztą teraz też czasem są :D). Jestem mega wdzięczny wszystkim partnerkom za okazaną anielską cierpliwość na początku moich tanecznych perypetii.

Nie mam kondycji aby zacząć tańczyć.

Ja też jej nie miałem! Pomijając przypadki gdzie zaawansowana choroba ogranicza nasze zdolność motoryczne do zera, większość z nas może (i powinna) się ruszać. Cała gama zajęć zarówno tanecznych, jak i typowo fitnessowych ma zróżnicowane poziomy intensywności tak że każdy znajdzie coś dla siebie. Uwaga, ruch uzależnia! Po operacji  nowotworu która, przynajmniej na papierze powinna mnie wykluczyć z jakiejkolwiek aktywności fizycznej na 3 miesiące po miesiącu wróciłem na uczelnie. Dojście z parkingu na wydział było dla mnie małym maratonem, ale postanowiłem że mimo wszystko dokończę drugi rok studiów. 4 miesiące później od totalnego przykucia do łóżka pojawiłem się pierwszy raz na sali tanecznej. Od dość spokojnego walca angielskiego dostałem zakwasów, od klimatyzacji na sali pochorowałem się na parę dni jakbym przeżył zimę stulecia. Po półtorej roku od gościa nie ruszającego się w ogóle przeszedłem do 3-5h zajęć tanecznych tygodniowo.

Boski banan na twarzy po zajęciach 😀

Ależ ja się wstydzę!

Po pierwszych dwóch zajęciach na towarzyskim miałem ochotę na więcej. Znalazłem salsę i bachatę solo, patrzę nie piszą że tylko dla kobiet, no to idę – co nie zakazane to dozwolone, co nie? Wpadam na zajęcia, a tam same laski, czujecie? Myślę sobie okej, na pierwszy rzut oka to jest dziwne… ale w żadnym przypadku groźne – w oczach miałem siebie kwartał wcześniej zwalczającego nowotwór. Zatem co się może stać gorszego? Kolejne zajęcia były już normalką, do momentu marcowego masterclassa Salsation®.

Wchodzę na sale, a tam koło setki dziewczyn i ja, jarząbek, poza prowadzącym jedyny facet. Znałem w zasadzie tylko moją instruktorkę. O w mordę, no to nieźle popadłem. Czy stało się coś złego? NIE! Spotkałem się wyłącznie z fajnymi reakcjami na moją osobę, to serio nie bolało! Na kolejnych regularnych zajęciach nawiązała się bardzo ciekawa rozmowa z jedną z koleżanek z mojej grupy:

– Wiesz no, nie byłam na masterclassie bo to trzeba się odważyć, tam strasznie dużo ludzi było…

– Co ty nie powiesz? Tańczyłem jako jedyny facet na prawie stówkę dziewczyn! XD

Tańce, zwłaszcza solo i zwłaszcza w Polsce są zdominowane przez płeć piękną. Ja ten stereotyp zwalczam na bieżąco, odkryłem że brak facetów nie jest spowodowany tym że jest to aktywność zarezerwowana wyłącznie dla kobiet, ale z tym że… brakuje facetów. Czy to jest złe? Gdzie tam… Przynajmniej jest śmiesznie, zwłaszcza kiedy zachodzisz na siłownię, Pani z recepcji (pozdrawiam Atletę z Białegostoku ;)) już ma chęć oprowadzać cie po hantlach a Ty ją z pełną powagą zapytujesz, gdzie jest sala taneczna. Lwia część zajęć jest otwarta dla wszystkich, niezależnie od płci/wieku, zależnie tylko i wyłącznie od naszego samozaparcia. A jak już przełamiemy pierwsze lody, zaczyna się robić tylko przyjemniej i pojawia się chęć pokonania kolejnego „bossa”: czy to pójścia na zupełnie inny styl w zupełnie nowe miejsce, czy dokonania fenomenalnej solówki na środku parkietu w klubie.

Ależ koszmarnie mi poszło na pierwszych zajęciach, cała reszta ogarniała a ja nie!

TAK MA BYĆ. Jakim cudem masz ogarniać skoro dopiero zaczynasz? Reszta (zwłaszcza w trakcie sezonu) ogarnia bo zdążyła już swoje przepracować. Oni też startowali od zera, oni też na początku nie potrafili nic. Zamień myślenie z „o mój Boże ale oni wymiatają, ale to ciężkie” na „prędzej czy później, ogarnę to!”. Błędy, mętlik w głowie, niezapamiętana choreografia, pomylona noga, podeptana partnerka/partner muszą się zdarzyć i jest to naturalna kolej rzeczy. Grunt aby takimi pierdołami się nie zamartwiać, pozwolić instruktorowi oraz partnerowi dotrzeć do siebie, ćwiczyć i nie poddawać się. Świetnie opowiedział o tym Marcin z krakowskiej szkoły tańca Krambo Dance:

W moim przypadku od nieogarniania najbanalniejszego walca angielskiego doszedłem do momentu w którym zaczynam się wyrabiać z dość złożonymi sekwencjami. Wciąż mam wrażenie że krzesło zatańczyłoby ode mnie lepiej, ale nie czuje się z tym ani trochę źle bo widzę progres. Niewielki bo niewielki ale, dający wystarczająco do zrozumienia, że robota dotychczas wykonana ma swoje efekty.


Rok na oślej łączce z latino solo (bazie do ekspansji na inne zajęcia) przypłacony potem i zakwasami nauczył mnie że wszystko jest kwestią pracy, pracy i jeszcze raz pracy. Te pierwsze koty za płoty były bardzo ważne bo pozwoliły mi odciążyć umysł zapchany jeszcze całym piekłem związanym ze zwalczoną chorobą. Efekt zewnętrzny na początku jest nieistotny, grunt aby czerpać radość całymi garściami. Na początku nie martw się techniką – ona przyjdzie z czasem, baw się dobrze, pamiętaj: nie od razu Rzym zbudowano. 

Od teorii do praktyki, czyli jak się przygotować:

Na pierwsze koty za płoty ubierz się w lekkie sportowe ciuchy oraz przede wszystkim załóż wygodne buty! Zabierz ze sobą butelkę wody najlepiej 1,5l oraz (chociaż odrobinę) uśmiechu 🙂 Większość zajęć to tak naprawdę małpowanie prowadzącego, słuchaj muzyki i staraj się powtarzać za nim ruchy. Jeśli czegoś nie wiesz – pytaj! Bardzo często jest to pomijane, ale zwłaszcza na pierwszych zajęciach skupiaj się na samych krokach, to będzie Twój priorytet. Jeśli z samymi krokami będziesz czuć się pewnie, dopiero wtedy dodawaj ruchy rąk, sam tak robię tańcząc choreografie na żywca. Bardzo fajnie przekazał to wspomniany wcześniej Marcin, co prawda w kontekście salsy, ale ma to zastosowanie do pozostałych stylów/rodzajów zajęć.

 

Nie siedź w domu, tańcz! 🙂

Salsation® – potęga radości z tańca

 

Kiedy pierwszy raz usłyszałem nazwę Salsation® miałem poważną rozkminę, o co do diaska tu chodzi? Salsa co? Że jakaś kubana po tuningu? Nic bardziej mylnego! – jak stwierdziłby jeden internetowy wieszcz. Sprawa niczym sos Salsa jest znacznie bardziej pomieszana. Przeglądając nagrania z YouTube pod hasłem: „Salsation®” nie widzimy nic szczególnego. Po prostu sobie ludzie tańczą. „No i o co tyle ambarasu?” – zapytałby bardziej dociekliwy internauta. Nie wiedziałem o co chodzi, wiedziałem natomiast jedno – muszę tego spróbować! No i teraz już wiem – prawdziwa magia zaczyna się, gdy sami weźmiemy udział w tym małym szaleństwie…

W jakąkolwiek dziedzinę byśmy nie wchodzili, zawsze na początku pojawią się mniejsze lub większe kłopoty. Zażenowanie brakiem umiejętności mogą skutecznie odstraszyć przed dalszym rozwojem. Z drugiej strony niesamowicie ciepła atmosfera na zajęciach mówi: „hej, daj sobie szanse!”. Tak było u mnie z tańcem, ze skrzypcami, jak i z samym Salsation®. Pochodzę miesiąc, dwa, wyrobię sobie opinie czy warto iść w to dalej. Teraz już wiem.

Program w porównaniu do klasycznych zajęć, przynajmniej na początku, nie skupia się na perfekcji ruchów, zapamiętanych co do cna choreografii – oj nie! Kluczową jest największa wartości jaką niesie taniec – radości. To nie ważne że coś nie wyjdzie, czegoś nie pamiętasz – nie ważne jak dobrze/źle tańczysz, masz się po prostu dobrze bawić! Choreografie ułożone są że nie dość że sporo pracujemy ciałem, to mamy dużo elementów upchniętych w konkretne akcenty w piosence. To wokół nich kręci się wszystko, im aktywniej słuchamy muzyki, tym połapanie się w nawet złożonej choreografii nie będzie stanowiło problemu. Z czasem przetańczenie 3-4 razy danej piosenki zapewnia ogarnięcie jej na akceptowalnym poziomie, a wtedy zaczyna się robić już tylko przyjemniej.

 

 

„No ale Marcin o co do diaska tu chodzi?”

Zajęcia składają się, jak opowiadanie na polskim, ze wstępu, rozwinięcia oraz zakończenia. Rozgrzewka przygotowuje nasze ciało do boju, jest to zestaw dość istotnych ćwiczeń które warto wykonywać dokładnie – mają one odzwierciedlenie w sporej ilości ruchów w choreografiach. Potem następuje część zasadnicza, czyli tańczymy z konkretnymi choreografiami do konkretnych piosenek. Co trudniejsze elementy omawiamy na sucho, jednak większości uczymy się w praniu, podążając za instruktorem. Na koniec mamy cooldown z rozciąganiem, czyli dość przydatne wyluzowanie po godzinnym szaleństwie.

Dlaczego jest to takie fajne?

Pobyt na Salsation® odwdzięcza się bardzo szybko, program kumuluje w sobie wszystko to co w tańcu najfajniejsze w całkiem zacnej formie:

  • ruch i endorfiny z niego płynące
  • muzykę, jej rozkład na akcenty, ogólnie jawną ekspansję mojej pasji muzykowania klik dla ciekawskich 🙂
  • świetnych ludzi tworzących wyjątkową atmosferę

Kiedy tańczysz nie ma tego co było, nie ma tego co będzie, jest tylko tu i teraz – odrobina potu, kupa muzyki i uśmiechu. Czujesz prawdziwą radość, chcesz aby ta chwila trwała w nieskończoność.

Co jest jeszcze fajniejsze? W programie poza regularnymi zajęciami jest parę dodatkowych smaczków:

  • Masterclass, czyli zwyczajne zajęcia prowadzone przez niezwyczajnego „mistrza”, przeważnie w towarzystwie znacznie większym niż zwykle. Czujemy w zasadzie tą samą energie, ale w znacznie spotęgowanej przez tłum dawce.
  • Warsztaty, gdzie poznamy więcej rzeczy od teoretycznej strony, dowiemy się szerzej jak poprawnie pracować ciałem.
Certyfikat z warszatów
  • Nie sposób nie wspomnieć o udziale w nagrywaniu choreografii, czyli jednej wielkiej lekcji wcielenia nauczonych kroków w praktykę, najlepiej jak to się tylko potrafi.
  • Dodatkowy równie zacny program spod skrzydeł tej samej organizacji – CHOREOLOGY by Salsation®, znacznie bardziej taneczny niż fitnessowy jest ciekawą alternatywą dla zajęć konwencjonalnych.

Wszystkim niezdecydowanym w nadchodzącym sezonie polecam jedno – nie przestawajcie odkrywać! Nie ważne czy chodzi o zajęcia taneczne, czy cokolwiek innego, pielęgnujcie na bieżąco swoją ciekawość. To ona potrafi zaprowadzić nas w nieraz piękne miejsca. Wychodząc w nieznane zawsze doświadczymy więcej, nigdy mniej. 

Rok z tańcem – podsumowanie

Pękł rok od momentu mojego pierwszego ‚wtargnięcia’ na sale taneczną. Było to przełomowe wydarzenie w moim życiu, nie da się ukryć. Wszelakie napotkane wydarzenia przez ten czas przeszły moje (zresztą nie tylko moje) najśmielsze oczekiwania, toteż warto zebrać to wszystko do kupy.

Nowotwór był moim przekleństwem i zbawieniem zarazem. To przez niego doszedłem do wniosku, że warto z życiem szerzej podziałać, bo tak naprawdę nie wiadomo kiedy może ono się skończyć. Taniec który pojawił się zupełnie przypadkowo był strzałem w dziesiątkę. Dał mi możliwość skorzystania z drugiej szansy i ta szansa została przeze mnie wykorzystana w 100%. Co zaskoczyło mnie najbardziej? Wystarczyły:

  • dwa pierwsze zajęcia aby pozbyć się uczucia: „o mój Boże, ja tańczę, zaraz kogoś podepczę, ale okropnie to wygląda”. W jakiejkolwiek dziedzinie byśmy nie startowali, pierwsze koty za płoty są najgorsze i w moim przypadku tak również było. Ciekawość co będzie dalej jednak zwyciężyła i dzięki niej przeszedłem do podpunktu drugiego.
  • trzy pierwsze miesiące aby pozbyć się wrażenia: „cholera, tego nie da się zrobić”. Kiedy pojawiły się pierwsze schody na towarzyskim dla singli, nie łapałem tak szybko jak reszta osób. Jednakże dzięki anielskiej cierpliwości partnerek oraz pomocy prowadzącego, rozbijaliśmy kroki na części pierwsze. Zupełnie jak w assemblerze, rozbieraliśmy to na najmniejszą możliwą operację, najpierw tańcząc poza rytmem, następnie ruszając z rytmem, przechodząc powoli do tempa wyjściowego. Da się? Da się.
  • wystarczy rok aby powiedzieć sobie: „no wstydu większego z moim tańcem jeno nie ma”. To niesamowite jak wiele można nauczyć się w tak krótkim czasie, ruszając totalnie od zera. Zdaje sobie sprawę że jest to ledwie wierzchołek góry lodowej, ale… Jeśli już na tym marnym poziomie przynosi to na tyle dużą frajdę, to co będzie dalej? Nie wiem… ale się dowiem.

Odczarowałem parę stereotypów swoich (i takich ogólnych):

Taniec, zwłaszcza solo, jest domeną zarezerwowaną wyłącznie dla kobiet.

Na pierwszy rzut oka można tak stwierdzić. Oglądając teledyski na tubach przeważnie widzimy babki, a faceci zdarzają się wprost epizodycznie. Przeciętny facet nie utożsamia się z takimi widokami, więc nie pojawia się na zajęciach. A jak jest naprawdę?
Zagłębiając się w swoje pierwsze kursy solo zauważyłem, że brak płci brzydszej na nich nie jest spowodowany konwencją zajęć, a wyłącznie brakiem chętnych. Tymczasem odbiór facetów pojawiający się na nich jest bardzo pozytywny, co może tylko napędzać do dalszego działania. O ile nikt wyraźnie nie zaznaczy że kurs jest wyłącznie dla kobiet, to jest jak najbardziej unisex.

Trzeba mieć partnera/partnerkę aby ruszyć z kursem w parze.

Nie trzeba. Wybieramy albo kurs dla singli, albo prosimy studio o sparowanie z kimś. Pierwsza opcja jest bardzo elastyczna bo możemy totalnie z ulicy wejść na zajęcia. Pilnowane są tylko proporcje w grupie. Druga opcja jest o tyle gorsza, że jeśli druga osoba się rozmyśli to zostajemy niejako na lodzie. Tak czy owak można przyjść na kurs w parze samemu, jest nieco trudniej, ale da się.

Zacna gromadka Salsation z klubu Zenit

Trzeba mieć predyspozycje aby zacząć tańczyć.

Fizyczne
Osoby znające mnie sprzed czasów ‘tańcowych’ wiedzą, jaki ze mnie był sportowiec. Ostatni wybierany na wfie, zwalniający się z ćwiczeń kiedy była okazja. Jedynie genetyka i choróbska trzymały mnie przy przyzwoitej wadze. Dopiero koło osiemnastki zacząłem zwracać uwagę na to, że warto się jednak poruszać i do tego celu używałem roweru, głównie za sprawką Endomondo. W żadnym stopniu nie równało to się do czasów obecnych. Po pierwszych tańcach, pomimo że była to ledwie godzina, zakwasy miałem jakbym przebiegł jakiś maraton. Po roku z tańcem zdarza mi się to przeważnie po grubszych maratonach zajęć.
Poczucie rytmu
I tak i nie. Podobnie jak przy partnerze przy kursie w parze, warto mieć ale nie jest to konieczne. Swoiste czucie muzyki jeśli nie było wykształcone, to narodzi się z godziny na godzinę spędzonej na parkiecie. W moim przypadku dużo pomógł staż w orkiestrze, pewnych rzeczy nie musiałem już się uczyć. Obserwując jednak pojawiających się różnych ludzi na kursach widzę, że po miesiącu, góra dwóch każdy z jakiegokolwiek poziomu by nie startował radzi sobie pod tym względem całkiem dobrze.

Największy jak dotąd event taneczny w jakim brałem udział, masterclass Salsation, ależ był ogień! 😀

Rok w liczbach:

  • ponad 200h spędzonych na parkiecie
  • odkryte 7 genialnych miejsc na tanecznej mapie Białegostoku: Sfera tańca, Max Dance, Whatsup, Danceoffnia, Fabryka Tańca, Klub Zenit, Latin Studio
  • przetestowane 7 rodzajów zajęć: Salsation, latino solo, towarzyski, reggaeton, lindy hop, kuduro & afro house, jump4fit
  • wypite ponad 270 litrów wody na łącznie 180 treningach
  • dziesiątki świetnych ludzi
  • milion uśmiechów

Tymczasem powoli żegnam sezon 2016/2017 i z mega wielkim hypem spoglądam na kolejny. Przez ten rok podziało się całkiem sporo i jestem mega ciekaw co nowego przyniesie kolejny. Pomysłów na dalszy rozwój mam co najmniej kilka, jednakże jedno jest pewne – na podsumowaniu nowo powstała pieczara działalności swojej nie zakończy. Za moją sprawką prowadzoną na Wykopie tańczyć zaczęło kilka osób – w dalszym ciągu chcę inspirować ludzi, pokazywać jak dużą wartość niesie ze sobą taniec. Skoro taniec mi pomógł, to pewnie innym też może, co nie? Nie mam zamiaru się ograniczać, w dalszym ciągu chce odkrywać szerzej taniec, testować, smakować wszystko, co przyniesie nowy dzień.

Jak taniec postawił mnie na nogi

Po przejściu nowotworu byłem zmęczony. Zmęczony zarówno perypetiami szpitalnymi, jak i prawie miesięcznym siedzeniem w domu. Pierwsze dwa tygodnie rekonwalescencji były w zasadzie bez żadnego wyjścia, poza lekkim przewietrzeniem zadka. Chciałem czegoś nowego, nie tyle materialnego, co coś dla ducha. Nadchodzące wesele rzuciło mi temat pod nogi: a może by tak rozruszać się przed imprezą? Moje miasto jest przecież pełne szkół tańca, więc czemu by nie spróbować?

Google poszło w ruch, potem zapytanie kuzynki z branży gdzie mam się udać. Kurs tańca towarzyskiego – brzmi nieźle.

Hej, ale to w parze przecież jest, a ja nie mam partnerki! E, no to sobie daruje, no przecież nie będę miał z kim tańczyć a nie znajdę chętnej osoby.

Dłubiąc dalej okazało się że ten schemat można schować między bajki, bo są kursy gdzie można przyjść samemu. Najbliższy takowy zaczynał się akurat za niecały tydzień, było miejsce, więc nie pozostało nic innego jak się zapisać i zaczekać na ten dzień.

No ale ja się do tego nie nadaje, kogoś podepczę, pogonią czy wyśmieją mnie. Pewnie same chłopy tylko przyjdą.

13450066_978101448971517_4412940372873389241_n
Za tymi drzwiami wszystko się zaczęło.

Szczerze mówiąc rozważałem różne scenariusze, ale na pierwsze zajęcia udałem się z minimalnym stresem i maksymalną ciekawością. Do cholery, jeszcze pół roku wcześniej nie wiedziałem czy będę żył, a teraz będę bolał sobie głowę jak powiedzie mi się na kursie tańca? Przeżyłem tyle, że tamtego dnia najgorszy obrót zdarzeń prawdopodobnie nie zrobiłby na mnie większego wrażenia.IMG_20160730_133733[1]

Przybyłem, zatańczyłem, jakby nigdy nic. Nie szło mi ani trochę dobrze, jednak jedno we mnie uderzyło i zatrzymało do tej pory – uśmiech – prowadzącego, ludzi z kursu. Zbudował niesamowicie ciepłą i pozytywną atmosferę, atmosferę która po zajęciach uruchomiła we mnie jedną jedyną myśl: „Ja chcę jeszcze raz!” – niczym osioł ze Shreka. Przez klimatyzacje w studiu urządziłem się dość srogim przeziębieniem na parę dni, ale już wtedy wiedziałem, że cholera, zrobiłem coś fajnego. Zaskoczyła mnie pozytywna reakcja na moją nową aktywność w całym otoczeniu, od ludzi ze studiów, przez rodzinę, po wykopkach kończąc. Dlaczego? Nie wiem, wiedziałem natomiast jedno – chce więcej.

capture

Nie spodziewałem się niczego otwierając ten rozdział, no może poza lekkim rozruszaniem się przed weselem. Po tak fajnym otwarciu wiedziałem, wiedziałem że zrobię sobie kuku jeśli pozostawię ten temat na pastwę losu. Kolejne zajęcia były tylko kwestią dwóch tygodni i paru złociszy ekstra. Pierwszy raz na salsie solo i kolejny szok. Poczułem się jak głupek. Cholera, to nie jest takie łatwe. Jednak widząc te bardzo doświadczone osoby, patrząc na nie z podziwem myślałem: Też tak chce! Nauczyłem się programować to i nauczę się tańczyć, a co mi tam! Dostrzegłem potencjał, cholerny potencjał do rozwoju. Byłem jedynym facetem poza prowadzącym, jednak czując muzykę i klimat miałem po prostu gdzieś co ludzie pomyślą – chciałem po prostu tańczyć. Odpoczywałem i stopniowo zapominałem o całym piekle, które spotkało mnie tej zimy.

14249913_1099959013383460_167909279211552601_o
Fot. Michał Tyszko

Wakacje i większa ilość czasu otworzyły drogę do jeszcze większego poszerzenia tematu. Mało szkół organizowało wówczas zajęcia, jednak twardo szukałem, aż znalazłem. Energetic latino solo – o cholera, sama nazwa robi wrażenie. Raz dwa, cyk myk i zawitałem w drugiej szkole. Ciężko to opisać, ale o ile salsa solo była fajna, tak ELS było genialne. Było po równo facetów i kobiet w grupie, szok! Instruktorka stworzyła niesamowity klimat, na tyle przystępnie prowadząc zajęcia że ja z zerowym wówczas doświadczeniem bawiłem się świetnie. Na tyle świetnie, że powrót z zajęć miałem z bananem na twarzy. Zmordowany, ale szczęśliwy. Na zajęciach zginęło to co było, to co będzie, było tylko tu i teraz – odrobina potu, kupa muzyki i uśmiechu. Ostatni raz zaznałem tak pięknego uczucia chyba dostając kolejkę na gwiazdkę – dawno w każdym razie to było. Ewelina, dzięki, to Twoja zasługa!

We must go deeper, na coby tu się zapisać jeszcze… Jump4fit? A co to takiego? A komu to potrzebne? A dlaczego? Trampoliny na których się skacze do muzyki – usłyszałem. Godzina ćwiczeń, która trwa o półtorej godziny za długo – zdał mi kolega z zajęć. Myślę sobie, c’mon jak już się bawić w odkrywce to się bawić! Na następny dzień zjawiłem się na trampolinowe zajęcia. Był kolejny szok. Nie wiem kiedy z siebie tak ostatnio płuca wyplułem, ale 50 minut skakania dało mocno w kość. Jednak po zajęciach zrozumiałem, że w tym szaleństwie jest metoda. Człowiek budzi się jak nowo narodzony, z jeszcze większą energią do działania. Mniej więcej po trzech zajęciach optymalnie wytrzymywałem godzinne skakanie i fun czerpany był jeszcze większy.

Nastał wrzesień a wraz z nim nowy sezon taneczny, sprowadzający ze sobą jeszcze więcej różnorodnych zajęć. Przestałem patrzeć na taniec wyłącznie jako formę relaksu, szukając w nim rozwoju, który naturalnie z każdą kolejną godziną spędzoną na parkiecie postępował. Pojawiło się jeszcze więcej technicznych, trudniejszych zajęć, dotarłem również do swojej trzeciej szkoły tańca, poznając jeszcze więcej inspirujących ludzi. Poza energetic latino solo, pojawiło się jego techniczne rozszerzenie „DLC” latin fusion, a za nim rozszerzenie rozszerzenia w postaci reggaetonu, który zrobił na mnie jak dotąd największe wrażenie.

Jako że głód nie ustępował, szukałem dalej. W trzeciej szkole pojawiła się informacja o warsztatach lindy hop – brzmi co najmniej śmiesznie, wygląda jeszcze bardziej komicznie. 6h weekendowe zajęcia, więc czemu by ich nie spróbować? Taniec co prawda w parze, jednak można się było zapisać samemu, grunt byle nie było dysproporcji między płciami. Lindy okazało się zupełnie inną parą kaloszy, czymś jeszcze bardziej egzotycznym mającym bardzo mało wspólnego, z tym co tańczyłem wcześniej. I to było na swój sposób genialne. Nie było wcześniej zajęć w moim mieście, ale po tych warsztatach temat powoli zaczął kiełkować. Obecnie mamy praktisy – skromne zajęcia bez konkretnego instruktora mające na celu utrwalanie kroków oraz wymianę doświadczenia z osobami bardziej wtajemniczonymi.

14711519_1628194314144884_9145587698315645646_o
Cała zacna ekipa pierwszych warsztatów lindy hop

Pół roczna przygoda z tańcem była najlepszym lekiem ducha jaki mogłem dostać. Pojawiła się w samą porę, potrzebowałem dużo pozytywnej energii i ją otrzymałem. Odczarowała mój stereotyp tańca, otworzyła nowe perspektywy na rozwój. W grudniu znikam na operację drobnego powikłania po operacji z lutego. Pomimo iż jest to w porównaniu do tego co było pierdoła, strach przed miejscem akcji sprzed 10 miesięcy powrócił. Przerwa do nowego roku bez tańca będzie bolała, jednak po tylu pięknych chwilach spędzonych na parkiecie jestem na nią gotowy. Jestem gotowy udać się na kolejną walkę ze swoimi słabościami, strachem przed operacją, bólem, tym czy wszystko powiedzie się dobrze. Powiedzie się. Powrócę z jeszcze większą werwą, w nowym roku pełnym muzyki, tańca i jeszcze ciekawszych doświadczeń.

Zapraszam również na podsumowanie pierwszego tanecznego roku: http://d4nce.pl/rok/

Piekło w wersji light czyli jak przeżyłem nowotwór

W grudniu 2015 roku odkryłem w sobie małego demona, który miał postać twardego jak kamień guza w prawym podbrzuszu. Demon to, jak się później okazało przyczynił się do tragicznej a zarazem przepięknej historii, przepełnionej całym rollercoasterem emocji. Rollercoaster ten odmienił dosłownie wszystko, dzisiaj już nic nie wygląda tak samo. Przeżyłem piekło i to w wersji light, bo cała przygoda zakończyła się po trzech miesiącach. Zacznijmy jednak od początku.

comment_jpzzcwtj16ejw8urz4tszdmbf0nhwcpb

Jak to zawsze bywa, objaw guza zaczął mnie niepokoić i klasyczną ścieżką udałem się do rodzinnego. Ta odesłała mnie do chirurga, który na wszelakie sposoby uspokajał mnie, „że to nic poważnego”. Pierwsze USG wykazało jednoznacznie – przepuklina. Okej, miałem jedną przeżyje drugą. Dla pewności zrobiliśmy drugie, prywatnie. Wniosek – to NA PEWNO nie przepuklina.  Kolejny prywatny chirurg też to zaprzeczył, polecając zrobienie karty dilo, ot tylko żeby było szybciej. „Leczenia onkologicznego, a po co mi to?” Przecież to nie może być nowotwór, ej wykluczone. Minął Sylwester w dość smutnej atmosferze, pomimo łudzenia się że to nie może być nic poważnego. Z dilo trafiłem do szpitala, nieświadom jeszcze że to będzie głównie miejsce akcji przez najbliższe dwa miesiące. W pierwszym rzędzie skierowano mnie na tomograf i już wtedy po nim zaczęła się panika. Co ze mną będzie?  Już wtedy w ruch poszły tabletki uspokajające i jeszcze lepszy destresant, jakim był symulator ciężarówki, o którym pisałem wcześniej.

comment_bl2iwndc4zza8tqathbuivhtp1xrzn4j

CT nie dało lekarzom żadnej konkretnej wskazówki, że zdecydowali się na jeszcze jedno badanie. Kolonoskopia, która w przeddzień zmusiła mnie do szprycowania się tragicznym w smaku środkiem przeczyszczającym była okropnym, bolesnym przeżyciem. Bardzo ciężko ją zniosłem i dość długo odreagowałem na kierownicą wirtualnej ciężarówki. To badanie dało parę informacji, jednak wciąż było ich niewiele, kolejnym przystankiem była operacja. Tydzień przed nią przeżyłem jak na bombie, bo już wtedy przestałem się łudzić że będzie łatwo.

captureLekarze szykowali się na dwa scenariusze, lepszy i gorszy, przygotowując mnie na oba. Kiedy dostałem do wypicia 4L środka przeczyszczającego, dokładnie tego samego co przy kolonoskopii, pamiętam jakby to było wczoraj, popłakałem się. Dlaczego ja? Co złego zrobiłem? Zaczęło się przypominanie wszelkich z całego życia win i przepraszanie. Czy ja przeżyję? Obiecałem sobie jedno, jeśli to przeżyję spale obecny system wartości, którymi się kierowałem i wykorzystam odratowane życie w pełni. Po nocy w zasadzie bez snu przyszła pora na operację, jak się potem okazało trwającą 2,5h. Obudziłem się trochę jak warzywo, spętany kroplówkami. Minimalnie ruszając nogami i rękami zdałem sobie sprawę – cholera, no to jestem przykuty. Upojony wszelakimi medykamentami nie ogarniałem jeszcze tematu, wiedziałem natomiast że ta bania prędko się nie skończy.

capturePewnej Koniec końców wycięto mi kawałek kiszki i oba końce „rur” połączono. Wszystko to na 14cm szwie. Potem zaczęły się problemy „w cenie gratis”, monitor akcji serca do którego byłem podłączony lubił nawalać – wiecie, taki co pika non stop. Pierońsko wydzielona adrenalina powodowała, że na minimalne bodźce puls skakał mi jak szalony. Co za tym idzie pierwsze trzy noce nie spałem, albo spałem bardzo mało. Poziomem kulminacyjnym było 200 bpm, nie dałem rady ruszyć ręki po pilot, z trudem krzyknąłem po pomoc. Kurwa, no to po mnie, czy to koniec? Już nie wrócę do domu? Minęła dłuższa chwila zanim ktokolwiek przyszedł, po podaniu tlenu sytuacja w miarę się unormowała. Jak się potem okazało mój organizm źle reagował na antybiotyk, po jego zmianie ulżyło mi na sercu. Kolejne dni były stopniowym przywracaniem mojego układu pokarmowego do życia, z dnia na dzień coraz lepszymi. Dałem już radę chodzić, wstępnie z pomocą rehabilitantki, potem coraz odważniej samemu.capture

W 8 dni po operacji zostałem wypisany do domu. Czułem się już dobrze, co prawda spięty nieco napinaczami do szwów, jednak było to niebo a ziemia w porównaniu do początku. Po opuszczeniu szpitala miałem wrażenie jakbym przesiedział parę lat w pace. Obserwowałem spacerujących ludzi i ruch uliczny jak zupełnie nowe doświadczenie. Kolejny miesiąc dogorywałem w domu, po czym zostałem oswobodzony ze szwów i napinaczy. Zdawać by się mogło że to koniec przygody, jednak należało jeszcze sprawdzić do cna, co za demon we mnie siedział. Najprawdopodobniej nowotwór, ale jaki? Czy będzie wymagane dalsze leczenie? Czy nie rozniosło się to gdzieś jeszcze?

capture

Wyniki histopatologi miały się pojawić pod koniec lutego, w miesiąc po operacji. Czekałem, czekałem. Pojawiły się pierwsze telefony, że nie mają do końca pewności w laboratorium, że jeszcze nie wiedzą, ale możliwe że będzie trzeba mnie wysłać do Warszawy na dalsze leczenie. No to pięknie… Po kolejnych dwóch tygodniach wiedzieli że jest okej, ale to z taką pewnością jak uczeń motający się przy odpowiedzi. Próbki zatem trzeba było dostarczyć do Warszawy. Wizyta ta i ponury klimat centrum onkologii zasłużyła na oddzielny wpis który odnajdziecie tutaj: http://avrland.it/wizyta-krainie-grozy/

IMG_20160411_131424-01Kolejny miesiąc spędziłem jak na bombie oczekując ostatecznego wyroku. Aby go poznać po raz drugi musiałem odwiedzić stolicę, gdzie jedynie po 8h oczekiwania w kolejce go usłyszałem. Fibromatoza, niezłośliwa, CT co pół roku i tabletki przez pierwsze pół roku. Nie docierało do mnie jeszcze przez drogę powrotną do domu co to oznacza, oznaczało to jednak jedno – przeżyję i nie wymagane jest dalsze leczenie. Zostało jedynie drobne powikłanie wynikające ze specyfiki operacji, które będzie wzięte na warsztat w grudniu 2016 roku. Jednak kiedy dowiedziałem się o jej konieczności, zdecydowałem się na roczną przerwę od politechniki na załatwienie spraw zdrowotnych. Dopóki zdrowie się nie wyprostuje, nie będę się martwił (a na już na bank nie stresował) o swoją ścieżkę edukacji – takie założenie przyjąłem obecnie. Wszyscy wokół potwierdzili moją tezę, że nowotwór to już nie katarek, że wypada jednak to dokurować do cna.

capture

Rok przerwy a ja miałem już wtedy tylko jedno marzenie – odpocząć, nie tyle co fizycznie, a mentalnie. Odrodzić ducha na nowo. Nie wyobrażam sobie co by było, gdyby moje piekiełko okazało się być nieco większe. Po tym wszystkim przestałem bać się banałów z naszej ponurej codzienności i miałem ochotę odkryć coś nowego, coś tylko na pozór strasznego. Zapraszam Was na wpis o moim pewnym odkryciu, które jak się potem okazało było najlepszym uzdrowicielem ducha po tych dość nieprzyjemnych przeżyciach.

Klik -> http://d4nce.pl/niebo/